Powroty. Teka Przyrodnika przeobraża się w Mikroskopista Naturalista

Powroty są trudne.
Właściwie samo słowo jest trudne, bo sugeruje, że da się wrócić. Że było jakieś miejsce, jakiś stan, jakaś konfiguracja świata, do której można ponownie wejść. A przecież to się nie zdarza. Nie w ten sposób.

Nie da się wejść do tej samej rzeki dwa razy — i to nie jest banał, tylko bardzo praktyczna obserwacja. Powrót to zwykle tylko powtórzenie podobnych czynności w podobnych okolicznościach. Skala się nie zgadza. Czas się nie zgadza. Możliwości się nie zgadzają. Efekt końcowy już w ogóle nie ma prawa się zgadzać.

Więc to nie jest powrót w to samo miejsce.
To jest coś innego, tylko jeszcze nie mam dobrego słowa.

A jednak są takie powroty, które działają prawie jeden do jednego. Przynajmniej na moment. Dla mnie to się bardzo często działo w przyrodzie. Wracałem w te same miejsca, w których rodziło się coś więcej niż tylko obserwacja. Gdzie powstawała Teka Przyrodnika. I nagle okazywało się, że pięć czy sześć lat niczego tam zasadniczo nie ruszyło. Oczywiście, gdzieś obok pojawiła się droga, ktoś coś wyciął, ktoś coś zasypał. Antropogeniczne szwy są zawsze widoczne. Ale samo miejsce — nie. Ono było niemal takie samo. Jakby czekało.

I to jest dziwne, bo wtedy powrót przestaje być tylko mentalny. On zaczyna być fizyczny. Realny. Wzmacnia iluzję, że to jednak możliwe. Że jednak da się. Chociaż wiadomo, że się nie da. Nigdy do końca.

Powroty są różne, bo różne są możliwości.
Dziś technicznie mam ich więcej. Sprzętowo, narzędziowo, warsztatowo. Skala się wyrównała w tę stronę. Ale ergonomia czasu już nie. Zapał też nie jest ten sam. Pięć lat temu byłem po prostu młodszy. I to się czuje. Ta energia jest słabsza, bardziej rozproszona, bardziej ostrożna. Chociaż nie zniknęła całkiem. Duża jej część dalej tam jest. Tylko jakby przysypana.

I chyba właśnie dlatego tak bardzo chciałbym użyć tych elementów, które potrafią uruchomić coś na kształt „pełnego” powrotu. Żeby nimi trochę poszturchać ten mniejszy zapał. Nie udawać, że jest jak dawniej, tylko spróbować go do czegoś przywołać.

Bo powroty zawsze są też dojrzalsze.
Wraca się z bagażem. Z refleksją. Z uporządkowaniem. Chaos, który kiedyś płynął szerokimi strumieniami świadomości, zaczyna się domykać w struktury. Koncepty. Ramy. Myśli robią się bardziej zwarte, bardziej zamknięte, bardziej „gotowe”.

I tu pojawia się pytanie, czy to na pewno zaleta.

Bo mam wrażenie, że bardzo często nie. Zawsze bardziej pociągały mnie dawne rzeczy twórców niż ich obecne. Dawne odcinki, dawne wpisy, dawne próby. To widać doskonale na YouTubie. Ktoś prowadzi kanał bushcraftowy przez osiem lat i nagle okazuje się, że jego pierwsze dwa czy trzy lata są znacznie ciekawsze niż wszystko, co robi teraz. Teraz jest lepsza kamera. Lepszy dźwięk. Lepszy montaż. Lepszy sprzęt. Wszystko jest lepsze. A jednocześnie jest mniej ludzkie.

Wcześniej było namacalne. Niepewne. Trochę krzywe. Bardziej człowiecze. Sprzęt nie dominował treści, tylko ją odsłaniał. Teraz często ją zasłania.

I to jest ogromna pułapka dla wszystkich powracających. Albo dla tych, którzy coś ciągną bardzo długo. Bo technicznie i merytorycznie robi się lepiej, a jednocześnie znika coś, co było najważniejsze. Autentyzm. Niedoskonałość. Obecność.

Na razie tyle.
To jeszcze nie jest domknięte. To raczej zaznaczenie miejsca, do którego — jakkolwiek by to nazwać — próbuję wrócić.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *